Social media – killing me softly…

by mariabronek

Tak, przyznaję się bez lania cienkim drutem po piętach, łaskotania piórkiem z pościeli i straszenia znienacka za plecami – miałam konto na Facebooku. Ale nie zmienia to faktu, że korzystałam z niego głównie w celu szybkiego kontaktu ze znajomymi (a rzecz zaczęła się jeszcze na studiach, kiedy łatwiej było przemówić prędko do całej grupy) – nie wylewałam tam z siebie WSZYSTKIEGO tak jak większość osób, która prezentowała mi rybę w panierce na obiad, pisała, że jest dzisiaj czwartek (NO SHIT SHERLOCK), pada deszcz (Dzięki! Nie mam okien! Są już takie brudne, że pełnią od razu funkcje zasłon!), wstawiała smutną buzię i nikomu nie odpowiadała na zapytania (fuck logic?), itd. Tego typu posty doprowadzały mnie do wybuchu entuzjazmu nosorożca, który wbił się rogiem w drzewo i nie może wyrwać. Dlatego sprawdziłam aktualność maili i nr telefonów, po czym skasowałam to konto w cholerę. Nigdy więcej tych spamerów.

Te wszystko cholerne sociale to wylęgarnia krótkoterminowych życzeń szczęścia. Masz urodziny i 1 000 000 znajomych, z czego 999 990 o Tobie nie pamięta, bo skoro nie wrzucasz tam praktycznie nic, to znaczy, że nie masz życia; ale czekaj – nagle wyskakuje czerwona flaga, nie jako sygnał do ataku, ale powiadomienie! X ma urodziny? O jaaa cię, X żyje? A, napiszę wszystkiego najlepszego, to wyraża więcej słów niż stałe zainteresowanie i regularne spotkania! Po czym 5 minut później zapomnę o X…do następnego powiadomienia. ZA ROK.

Albo te wszystkie panienieczki z pokazu mody by Biedronka – ot, kupiła nowy ciuch sobie albo dzieciakowi, więc ubiera się, maluje (siebie albo dzieciaka – O ZGROZO), idzie do najbliższego parku i cyka prześwietlone, marnej jakości fotki, co by się pokazać motłochowi (w jej mniemaniu), jaką to stanowią sweet rodzinkę. Albo jeszcze lepiej – rozbiera się do krótkiego rękawka w zimie, urządza godzinną sesję na zaśnieżonym polu, a później codziennie wrzuca info, jak to pięknie zapalenie płuc się rozwija. Bo trzeba było się pochwalić nowym podkoszulkiem za dychę i dzióbkiem z taniej szminki. To ma tyle sensu, co kupowanie marynarki do jogi.

Dlatego się spakowałam i wyszłam z tego lęgowiska Dorosłych Bzdur i Dorastających Bzdurek. Niech panuje tam bzdurokracja – ja ocalałam i będę chroniła przed nią moją rodzinę!

Advertisements